Chapter 5

Znałem Calluma pod innym imieniem – znienawidzonym.

Włóczęga przez jakiś czas trzymał się z jego załogą. Wydaje mi się, że nic a nic by go od nich nie różniło – tak samo jak oni powoli zmierzałby na dno drogą pełną smutku – gdyby spotkali się wcześniej.

Do licha! A może to oni mieli pociągnąć na dno mnie? Co, jeśli brali udział w jego Gambicie?

Niewykluczone, że przynęta zastawiona wtedy, gdy Włóczęga po raz pierwszy zjawił się w Wieży, była zastawiona na mnie i moich towarzyszy. Być może swoimi uczynkami wszyscy przyspieszaliśmy tylko własny koniec. Szkoda jednak czasu, by dłużej dywagować na ten temat. Wydarzenia toczą się już własnym torem. Teraz trzeba płynąć wraz z prądem. A jeśli okaże się, że ostatnia prosta będzie prowadzić nas w objęcia śmierci, pozostanie nam jedynie odwdzięczyć się pięknym za nadobne.

Włóczęga zdradził mi, że Callum znalazł sobie kryjówkę – fortecę, z której korzysta w pojedynkę. Załoga Calluma zajmowała się ponoć różnymi fuchami z osobna po to, aby uśpić moją czujność. Poza tym jego zdaniem wiedzieli także jedno: żadne z nich nie miałoby ze mną szans w pojedynku. Gdy za to trzymali się razem, łatwiej było ich namierzyć i w konsekwencji wytropić.

Brzmiało to sensownie. Kiedy cała szóstka – oczywiście wciąż chodzi mi o załogę Calluma – się rozproszyła, prowadząc własne poszukiwania tego, czego właściwie szukają, zacząłem otrzymywać sprzeczne sygnały. Z przeciwstawnych krańców Układu dochodziły mnie rozbieżne opowieści o ich czynach. W związku z tym ciężko było mi za nimi nadążyć.

Dlatego właśnie informacja o bezpiecznym schronieniu Calluma wydała mi się warta zbadania.

Po dwóch tygodniach życia w piekle przeszło mi przez myśl, że Włóczęga wcisnął mi kit, zapewne próbując upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Natknąłem się co prawda na ślady Cienia, były jednak zatarte – i stare. Tak czy inaczej, postanowiłem czekać. Dla zabicia czasu zastrzeliłem paru Pochwyconych.

Oczekiwanie się opłaciło.

Callum pojawił się na miejscu. Usłyszałem go, zanim jeszcze wszedł do środka. Kłócił się ze swoim Duchem. Czekałem na rozwój wypadków z nadzieją, że puszczą parę z ust i dzięki temu uda mi się wytropić resztę. Szczęście się do mnie nie uśmiechnęło. Między nimi doszło do gwałtownej wymiany zdań. Callum przesadził. Jego Duch był wściekły. Wcale jej się nie dziwię.

Zdziwiło mnie, że zawsze zwracała się do niego właściwym imieniem – Callum – a nie tym drugim. Nadal jej zależało. Wciąż miała nadzieję. Wtem krzyknęła.

Zerwałem się i podszedłem do światła.

Callum trzymał swojego Ducha w lewej ręce. Nie wydawała z siebie żadnych dźwięków. Prawą dłonią dźgnął ją w soczewkę za pomocą odrażającego sztyletu. Było to narzędzie wystrugane z postrzępionych kolców wystrzeliwanych z broni, której nie śmiem nazwać.

Duch zmarł, natomiast Callum tylko się zaśmiał. Sądzę, że musiał wiedzieć, co go czeka.

Zamieniliśmy kilka słów. Powiedział mi, że nigdy nie zdołam zabić ich wszystkich. Potem rzucił granat i sięgnął po swój kulomiot.

Wypaliłem do niego, bez zbędnych słów rozsmarowując go na ścianie.

– Z obserwacji renegata na temat Włóczęgi